Marzą się kombajny, czerwone i wielkie, i te uśmiechy jak te kombajny, też czerwone i wielkie, takie, że aż na pół nieba, że chałpę zasłaniają, ale w słońce nie wchodzą i jest taka czerwień metaliczna, błyszcząca, świeża i wieczna, jak miód, jak miód na przykład. Ance się śnią takie kombajny, jeżdżą po jej głowie, koszą i pakują całe to
gówno złote jak zboże, które w jej głowie się sadzi gdy wstaje i rośnie przez dzień cały, codziennie, odkąd pamięta, że jest. I w nocy te maszyny ścinają i cienkim, metalowym
drutem oplatają, żeby później zostawić, esencję zrobić, do zalania tylko, na kilka herbat i bez tych torebeczek pierdolonych, co później gniją po
popielniczkach tylko po to, żeby można było łatwiej pety gasić.